Kalibracja opryskiwaczy – kaprys doradców czy konieczność?

Wydawałoby się, że do starannej kalibracji opryskiwacza nie trzeba już nikogo przekonywać. Tym bardziej, że rosnące ceny środków ochrony roślin – przy malejącym marginesie zysków w produkcji ogrodniczej – wywołują wzmożone zainteresowanie podnoszeniem poziomu wiedzy nie tylko z zakresu biologii zwalczanych chorób i szkodników, lecz także racjonalnej techniki ochrony roślin. Przejawem tej tendencji jest modernizacja posiadanych lub zakup nowych opryskiwaczy oraz liczne uczestnictwo w pokazach i wykładach dotyczących techniki ochrony roślin. 
W ostatnich tygodniach musiałem zmienić swoje zbyt optymistyczne przeświadczenie odnośnie do stanu wiedzy producentów. Przekonały mnie do tego rozmowy w trakcie często organizowanych spotkań z producentami owoców i warzyw, a także liczne telefony z zapytaniami dotyczącymi doboru rozpylaczy, ustalania dawek cieczy użytkowej i innych parametrów zabiegu opryskiwania. Pomimo, że w bezpośrednich spotkaniach i dyskusjach telefonicznych uczestniczą zwykle osoby z ponadprzeciętną wiedzą z tego zakresu, szybko przekonałem się, że większość moich rozmówców wciąż kalibruje opryskiwacze „na oko”. Wielu użytkowników opryskiwaczy z reguły wie, jakie powinni stosować dawki wody i zna inne podstawowe parametry robocze sprzętu, ale okazuje się, że droga od teorii do praktyki jest wciąż daleka. Moje wątpliwości o nieprzeprowadzaniu kalibracji pojawiają się, gdy nie dostaję odpowiedzi na pytanie, z jaką prędkością wykonywane są zabiegi opryskiwania. Odpowiedź „piątka z reduktorem i 1650 obr./min” nie zadowala mnie, gdyż do wyznaczenia natężenia wypływu z pojedynczego rozpylacza potrzebna jest konkretna wartość wyrażona w km/godz. Wprawdzie w nowszych modelach ciągników można już odczytać aktualną prędkość na wskaźniku, ale takie pojazdy wciąż należą do mniejszości w polskich gospodarstwach. Prawdziwe problemy rozpoczynają się jednak podczas ustalania dawki wody (l/ha), gdy w gospodarstwie brakuje wyskalowanego naczynia miarowego i tabeli wydatków rozpylaczy. Jak więc w takiej sytuacji można wykalibrować opryskiwacz? Chyba, rzeczywiście,  tylko na przysłowiowe „Bolka oko”. 
 
Nadal panuje powszechne przekonanie, że wystarczająca jest stara miara wyrażana liczbą hektarów, które można opryskać jedną „beczką”. Może i wystarczy, ale co najwyżej do bieżącej kontroli ilości zużywanej cieczy. Kiedyś, gdy w ekstensywnych sadach wypryskiwano ponad 1200–1500 l/ha, taką miarę można było od biedy uznać za wystarczającą, ale pod warunkiem posiadania sprawnego i czytelnego wskaźnika poziomu cieczy oraz tylko podczas zabiegów w wyrównanym sadzie. Problemy pojawiają się wtedy, gdy zachodzi potrzeba zmiany dawki cieczy ze względu na wielkość drzew i ich rozstaw. Należy bowiem mieć na uwadze, że zamknięcie dopływu cieczy do rozpylaczy nie zawsze jest możliwe. 
 
Obecnie, gdy w gęsto sadzonych sadach stosuje się już powszechnie dawki wody poniżej 200 l/ha, należy przyswoić sobie bardziej precyzyjne metody kalibracji. Przy tak niskich dawkach błędy mogą zbyt wiele kosztować. Wystarczy porównać znaczenie błędu (np. o 100 l/ha) w wyznaczaniu ilości cieczy podczas zabiegów dawkami 1500 l/ha i 200 l/ha. W pierwszym przypadku błąd w niewielkim stopniu wpływa na efekt zabiegu, ale dla dawki nominalnej 200 l/ha błąd w kalibracji wynoszący połowę tej wartości będzie dość brzemienny w skutkach. Mimo licznych artykułów i wykładów, podczas których niemal zawsze prezentujemy zasady kalibracji dawki cieczy opryskiwaczy, powszechna wiedza z tego zakresu jest niewielka. Należy przypomnieć, że kalibrację przeprowadza się zwykle raz w roku i każdorazowo po wymianie manometru lub rozpylaczy, a ustalone nastawy (prędkość roboczą, bieg ciągnika, obroty silnika, wydatek i liczbę rozpylaczy) warto zanotować. Podczas kolejnej kalibracji zwykle wystarczy tylko sprawdzić, czy ustalone nastawy są zgodne z rzeczywistymi. Czy jest to aż tak trudne i pracochłonne?

Fakt bagatelizowania tych zagadnień potwierdzają zniecierpliwione twarze uczestników spotkań, gdy tylko przystępujemy do omawiania zasad regulacji. Wciąż spotykamy się z komentarzami, że „kto by się tam bawił z dokładną kalibracją”, że „jest to zbyt skomplikowane i nikt nie ma na to czasu”. Odpowiadam wówczas, że jeśli nie ma czasu, to może lepiej zmienić zawód? 
 
Pamiętajmy, że skuteczna ochrona nie znosi kompromisów, a nowoczesny i sprawny sprzęt daje gwarancję efektywnego zabiegu tylko wtedy, gdy jest poprawnie do niego przygotowany. Nie traktujmy starannej kalibracji jako niedogodnego kaprysu naukowców i doradców, bo kalibracja wcale nie jest tak uciążliwa, jak się powszechnie uważa. Jest natomiast konieczna i nie ma od tego odwrotu.
 
Ryszard Hołownicki

Artykuł pochodzi z numeru 7/2012  “Hasła Ogrodniczego” 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz treść komentarza
Wpisz swoje imię

ZGODA NA PRZETWARZANIE DANYCH OSOBOWYCH *

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany, podajesz go wyłącznie do wiadomości redakcji. Nie udostępnimy go osobom trzecim. Nie wysyłamy spamu. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem*.