Nieubłagana eko-księgowość

Licząc, że ogrodnicy w Święta będą mieli parę wolnych chwil, proponujemy poniższy tekst. Tylko z początku jest on "z innej bajki" - co niby ma ogrodnik do Morskiego Oka?! Mniejsza o szczegóły przedstawianych w artykule wyliczeń - spojrzenie na sprawę, metoda - są chyba warte chwili zastanowienia się... Zapraszamy do lektury!
Morskie Oko jest warte co najmniej 440 mln złotych, a mały fragment nieużytku rolnego prawie 3 tys. Brzmi to absurdalnie, ale zarówno „bezcenne” jak i „bezwartościowe” miejsca można dość precyzyjnie wycenić. To jedyny sposób, by przekonać niektórych, że przyroda to kapitał, z którego można czerpać korzyści, albo który można łatwo roztrwonić. 
 
W ubiegłym roku pobłażliwy uśmiech zarządów polskich parków narodowych wzbudziło zalecenia Ministerstwa Środowiska, nakazujące parkom wycenę należących do nich gruntów. Morskie Oko i inne unikatowe przyrodniczo miejsca są przecież bezcenne.
Jednak nawet bezcenne dobra są wyceniane codziennie, z różnych powodów. Dzieła sztuki muszą mieć wyliczoną wartość w obiegowej walucie chociażby na potrzeby ubezpieczenia. Na czas zagranicznej podróży „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci została wyceniona na 300 milionów euro, chociaż wiadomo, że ani te, ani żadne inne pieniądze nie pozwoliłyby odtworzyć malowidła, gdyby uległo zniszczeniu. Jednak pieniądze z ubezpieczenia mogłyby pomóc konserwatorom zmniejszyć skutki drobniejszych uszkodzeń. Wycena przemawia też do wyobraźni osób odpowiedzialnych za ochronę obrazu – wiadomo, że bardziej się dba o coś, co kosztuje więcej niż można zarobić przez całe życie, niż o coś może bezcennego, ale o nieokreślonej wartości.
W ochronie przyrody dominują dydaktyczne pogadanki. Przykład: zamiast wyciąć cały las i sprzedać całe drewno, ciesząc się natychmiastowym i imponującym (ale jednorazowym) zyskiem, lepiej zachować go w jak najlepszym stanie i przez pokolenia oszczędnie prowadzić wycinkę drewna, zbiory grzybów, runa leśnego i ziół. Taki las jest też miejscem atrakcyjnym turystycznie, może być miejscem zbioru ślimaków winniczków, polowań itp., co również może przysparzać dochodów. To tak, jakbyśmy zamiast wydawać wszystkie nasze pieniądze na raz, wpłacili je na lokatę, z której przez dłuższy czas możemy uzyskiwać odsetki, nie tracąc jednocześnie samego kapitału.
Metafora całkiem trafna i nie mam nic przeciwko temu, żeby jej używać, ale do wyobraźni zdecydowanie bardziej przemawiają konkretne liczby. Wróćmy więc do tematu Morskiego Oka. Dr Marek Giergiczny z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego już w 2001 r. temu zmierzył się z tym tematem. Wraz ze współpracownikami przeprowadził wycenę korzyści rekreacyjnych jakich społeczeństwu dostarcza Tatrzański Park Narodowy. Wykorzystał tzw. metodę kosztu podróży. Bierze się ona z założenia, że jeżeli turysta wydaje konkretną sumę pieniędzy, aby dotrzeć do atrakcyjnego miejsca, to znaczy, że sama atrakcja jest dla niego warta więcej. Inaczej mówiąc, nie wydałby tych pieniędzy, gdyby nie odnosił z tego jakiejś korzyści. Korzyść tę można wyliczyć na podstawie analiz ekonometrycznych.
Tatrzański Park Narodowy odwiedzało wtedy rocznie 2,5 mln osób. Naukowcy oszacowali (na podstawie wydatków turystów), że jest to atrakcja przynosząca Polakom każdego roku korzyść wartą 144 mln zł. Z tych 2,5 mln ok. 15 proc. bywa w Morskim Oku. Daje to ok. 22 mln zł rocznego przychodu, generowanego wyłącznie przez okolice urokliwego jeziora.
Gdyby te 22 mln były rocznymi odsetkami od kapitału złożonego na 5 proc. lokacie bankowej, to zainwestowany kapitał musiałby wynosić 440 mln złotych. A wycena ta nie uwzględnia dodatkowych korzyści – np. miejsc pracy dla okolicznych mieszkańców czy sprzedaży pamiątek, wykorzystujących wizerunek Morskiego Oka.
Co jednak, jeśli nie mamy do czynienia ze spektakularnym cudem przyrody, tylko ze „zwykłym” środowiskiem? Od lat biolodzy biedzą się nad wyceną tzw. „świadczeń ekosystemowych”. Tym niesympatycznie brzmiącym terminem określa się wszystko, co zyskujemy dzięki przyrodzie: czystą wodę i powietrze, możliwość uprawy jadalnych roślin, hodowli zwierząt i połowu ryb i inne dobra, których sami nie potrafimy wytworzyć. Nie bardzo jest jasne tylko kto (lub co) nam to wszystko „świadczy”. Zasoby przyrodnicze w większości nie są spektakularnymi cudami natury jak Morskie Oko. Przeważnie większość z nas nie użyłaby wobec nich określenia „bezcenne”, a raczej „bezwartościowe”. Bo jak inaczej wycenić nieużytki rolne czy chwasty na polach? Te ostatnie nawet zwalczamy jako szkodliwe.
Tymczasem jedne i drugie mogą mieć znaczenie, trzeba tylko pobawić się w matematykę.

A więc, drogie dzieci, następne zadanie będzie dotyczyć pszczółek i zapylania, a temat lekcji związany jest ze zbliżającym się wraz z wiosną sezonem uprawy truskawek. Dzikie kwiaty są pokarmem dla pszczół, a miedze i nieużytki bezpiecznym miejscem zamieszkania. Wartości pszczół (tych hodowlanych, jak i tych dzikich) nikt już nie neguje, bo to właśnie dzięki pszczołom i innym owadom zapylającym rośliny uprawne mamy zboża, owoce i warzywa. Wniosek – kilkadziesiąt metrów kwadratowych ugoru porośniętego chwastami jest być może więcej warte niż kilkuhektarowe pole truskawek, bo od tego skrawka dzikiej przyrody zależy czy na tym polu w następnych latach truskawki obrodzą.

Ale istnieje alternatywne rozwiązanie. Można kupić hodowlane owady, które zapylą małe owocowe krzaczki równie dobrze jak dzikie i wtedy nie trzeba pozostawiać specjalnie dla nich nieużytków i można wykorzystać całą posiadaną ziemię. Każdy rolnik wie, że bardziej się opłaca zaorać i obsiać ziemię, niż pozwolić jej leżeć odłogiem. A wyrzeczenie nie jest małe, bo nie wystarczy jedna miedza na sto hektarów pola. Żeby pszczoły mogły zapylać rośliny, muszą być w stanie dolecieć do nich ze swoich siedlisk.
Teraz należy obliczyć, która strategia jest bardziej opłacalna. Najczęściej kupowane owady zapylające uprawy to trzmiele. Przede wszystkim potrzebują ich właściciele szklarni, do których dzikie pszczoły się nie dostaną. Przenośny ul z trzmielami, zdolnymi zapylić pomidory w szklarni o powierzchni do 2 tys. metrów kwadratowych kosztuje nieco ponad 200 zł. Jeśli jednak chce się zapylić wielohektarowe pole, wydatek jest o wiele większy. Jeden ul, opisany przez importera: „3 kolonie (każda z królową) trzmieli typu +E+ wraz z pożywką płynną na cały okres funkcjonowania ula TRIPOL oraz pyłkiem na czas transportu”, to wydatek rzędu 450 zł. Te trzy kolonie zapylą pół hektara truskawek. Kilogram  truskawek sprzedaje się po 2,50 zł za kilogram. 10 ton można zebrać z jednego ha (daje to przychód 25 tys. zł). Wcześniej trzeba wydać po 40 gr za sadzonkę; przy czym potrzeba 45 tys. sadzonek na 1 ha plantacji (cena sadzonek wynosi więc 18 tys. zł).
Truskawki dają plon przez trzy lata, czyli zysk z jednego hektara, po odjęciu ceny sadzonek, po trzech latach wynosi 57 tys. zł. Od tego trzeba odjąć minimum 10 proc. jako zapłatę dla pracowników zbierających owoce. Daje nam to więc 51 300 zł zysku w ciągu trzech lat. Gdyby plantator nie wykorzystał pod uprawę 100 m kwadratowych gruntu, od tej kwoty trzeba by odjąć 1 proc., czyli 513 zł (od tego należy odliczyć koszt sadzonek, które zostałyby posadzone na tym terenie – 180 zł), więc „strata” wynosi 333 zł. Natomiast do zapylenia truskawek na jednym hektarze uprawy potrzeba dwóch uli trzmieli w cenie 450 zł za jeden i co roku trzeba kupować nowe. 900 zł razy trzy lata daje 2700 zł. Prawdopodobnie na 100 m kwadratowych dzikiej łąki nie będzie żyło dość pszczół, aby zapylić resztę hektara. Ale z wyliczeń wynika, że nawet gdyby rolnik pozostawił niezaorany nawet kilkakrotnie większy teren, wciąż jest to bardziej opłacalne w porównaniu z zakupem trzmieli.
Mówi się, że ochrona przyrody (dzieł sztuki, zabytków, tradycji, krajobrazu) kosztuje lub przynajmniej pozbawia nas możliwych zysków. „Bardziej obchodzą ich żabki niż ludzie!” – słyszeliśmy to hasło nie raz. Warto przed wygłoszeniem powyższego poglądu wziąć do ręki kalkulator.
 
Urszula Rybicka
 
 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz treść komentarza
Wpisz swoje imię

ZGODA NA PRZETWARZANIE DANYCH OSOBOWYCH *

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany, podajesz go wyłącznie do wiadomości redakcji. Nie udostępnimy go osobom trzecim. Nie wysyłamy spamu. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem*.