POLSKIE JABŁKO

    W Polsce zbiera się rocznie około 2 mln ton jabłek. Na światowej liście producentów tych owoców zajmujemy wysoką - 6. pozycję. Wyprzedzają nas oczywiście Chiny (20-21 mln t), USA i Kanada (po około 5 mln t), a w Europie - Włochy i Francja. Jeszcze 10 lat temu zachodnioeuropejscy fachowcy z pewnym lekceważeniem mówili o nas, jako o producentach jabłek deserowych, widzieli nas głównie jako dostawców surowca dla przemysłu. W ostatnim sezonie sami sprowadzaliśmy owoce do przetwórstwa z Litwy, Czech oraz Słowacji.
































    Przedsionek raju
    Jabłko (i to deserowe) powinno być więc naszym owocem narodowym. Pod względem klimatycznym nie możemy wprawdzie konkurować z Nową Zelandią, która uchodzi za jabłoniowy raj. Polskę można by jednak określić jako przedsionek tego raju. Nasze owoce są bowiem wyjątkowo smaczne, co przyznają nawet Holendrzy czy Niemcy. To, że polskie jabłka są lepsze od pochodzących z Ameryki Południowej, Włoch czy Francji, to między innymi zasługa położenia geograficznego naszego kraju, który znajduje się bliżej północnej granicy zasięgu uprawy jabłoni. Na smak i wygląd owoców mają wpływ także lekkie gleby, które dominują w Polsce. Na takich stanowiskach jabłka łatwiej i intensywniej się wybarwiają, znacznie mniej wyrasta również zbyt dużych (przerośniętych) owoców — wodnistych i niesmacznych. Nie bez znaczenia jest również niższe, niż na zachodzie Europy, zużycie środków ochrony roślin.



    Wizerunek krajowego sadownictwa
    Przedstawione powyżej informacje to zapewne sadownicze abecadło dla producentów jabłek, ale przeciętni nabywcy owoców niewiele wiedzą na ten temat. Trudno się temu dziwić, jeśli opinię publiczną kształtują prawie wyłącznie reklamy telewizyjne, w których polskie jabłka widujemy tylko jako surowiec dla wytwórni soków. Przykład mieliśmy pod koniec ubiegłego roku, kiedy jeden ze znanych piosenkarzy zaprezentował się widzom w roli producenta owoców na tle nie sadu, ale sadowniczych nieużytków. Niestety, takie obrazki kreują w świadomości społecznej fałszywy wizerunek polskiego sadownictwa, z wielką dla niego szkodą.
    Mimo że temat zdrowej żywności jest wciąż modny, to o walorach polskich owoców można było dotychczas niewiele przeczytać w prasie o ogólnopolskim zasięgu. Jednym z nielicznych wyjątków był artykuł pt. „Żyje z jabłek, je banany” zamieszczony w „Magazynie Gazety Wyborczej” (21.10.99 r.). Cóż jednak z tego, skoro z akapitu o integrowanej produkcji wynikało, że tylko 5% polskich sadowników uzyskuje owoce „zdrowe”, czyli nie zawierające pozostałości środków ochrony roślin, podczas gdy w zachodniej Europie aż 80%. Ta nieszczęsna i nieprawdziwa informacja, powtarzana od dłuższego czasu przez media, jest niedźwiedzią przysługą dla polskich jabłek. Dane liczbowe, zawarte we wspomnianym tekście, informują tylko o liczbie sadowników zaangażowanych oficjalnie w ruch Integrowanej Produkcji Owoców, nie mówią natomiast niczego o tym, czym konsument krajowych jabłek jest najbardziej zainteresowany — ile „chemii” stosuje się w przeciętnym polskim sadzie.
    Z mediów można często także dowiedzieć się, że polskie owoce i warzywa są gorszej jakości niż importowane z zachodniej Europy i te, niestety nieprawdziwe, informacje pozostają w pamięci widzów czy czytelników, a więc potencjalnych konsumentów.



    Zużycie środków chemicznych
    Według danych GUS, w 1995 roku na hektar użytków rolnych w Holandii zużywano około 261 kg nawozów sztucznych (w czystym składniku), 169 kg — w Niemczech, a tylko 80 kg — w Polsce. Zebrane w 1998 r. przez profesora Eberharda Makosza dane z 78 („zwykłych”, nieintegrowanych) sadów w rejonie sandomierskim i grójeckim pokazują, że średnio zużywano tam na hektar 18,46 kg substancji aktywnej środków ochrony roślin. Z innych badań, przeprowadzonych przez profesora J. Zagórskiego i doktora nauk medycznych Z. Brzeskiego, wynika, że w sadach rejonu grójeckiego zużycie tych środków w 1998 roku wyniosło tylko 16,4 kg/ha. Dla porównania, na zachodzie Europy w latach 1991–95, w sadach prowadzonych metodą integrowaną, zużycie substancji aktywnej środków ochrony roślin wyniosło: w Południowym Tyrolu (Włochy) 20,3 kg/ha, zaś w Holandii — 17,3 kg/ha.
    Każdemu polskiemu sadownikowi zależy obecnie na tym, aby zużyć jak najmniej środków ochrony roślin. Powód jest bardzo prosty — „chemia” jest coraz droższa, a jej koszty rosną szybciej niż średnie ceny skupu jabłek. Według obliczeń profesora Makosza, w latach 1991–96 ceny zużywanych środków ochrony roślin w przeliczeniu na hektar sadu jabłoniowego wzrosły o 184%, podczas gdy jabłka podrożały w tym czasie tylko o 136%. W takiej sytuacji — „ekologia wkracza do sadu poprzez moją kieszeń” — jak najkrócej i najtrafniej określił to jeden z przodujących sadowników. Trzeba zresztą podkreślić, że wśród takich właśnie producentów najszybciej rośnie świadomość ekologiczna. Rozumieją oni doskonale, że małe zużycie środków chemicznych w naszych sadach niedługo będzie ogromnym atutem polskich owoców. Dlatego już obecnie, chociaż wielu z nich nie uczestniczy oficjalnie w ruchu IPO, to jednak stosuje propagowane tam zalecenia i metody. Chodzi przede wszystkim o obserwację szkodników, sposoby wyznaczania terminów zabiegów, a niejednokrotnie również o używanie bardziej przyjaznych środowisku preparatów.



    Piękne, smaczne i zdrowe
    Jak wynika z podanych wcześniej informacji, polskie jabłka w niczym nie ustępują zachodnim, a pod niektórymi względami nawet je przewyższają. Trzeba jednak zadbać, aby wiedza o tym dotarła wreszcie do konsumenta, i to nie tylko krajowego, ale również rosyjskiego, niemieckiego czy holenderskiego. Aby ten cel osiągnąć, musimy zacząć kreować prawdziwy wizerunek naszego jabłka, nie tylko poprzez sporadyczne akcje, ale ciągłą pracę fachowców — ekonomistów oraz sadowników, a także specjalistów od reklamy. „Polskie jabłko” powinno być synonimem walorów estetycznych, smakowych i zdrowotnych. Przymiotniki „piękne, smaczne i zdrowe” powinny się z nim kojarzyć w świadomości konsumenta tak ściśle, jak ordzawienie 'Konferencji’ z dobrym smakiem tej gruszki. Takiej właśnie sztuki jako pierwsi dokonali francuscy fachowcy od marketingu. 'Konferencję’ widuje się teraz prawie na każdym warszawskim straganie, a jej ceny nie są niższe niż innych odmian grusz. Wolno więc sądzić, że i polskim konsumentom ordzawienie na gruszkach przestało wreszcie przeszkadzać, a informuję ich, że to jest właśnie smaczna 'Konferencja’. Wypromowanie polskich jabłek wydaje się zadaniem łatwiejszym niż tej odmiany gruszy, bo z pozornych wad nie trzeba robić zalet. Te ostatnie są niemalże w zasięgu ręki, ale jak dotąd, przypominają przysłowiowego asa w rękawie, który nie może pojawić się na stole. A sprawa jest pilna — import owoców południowych może w tym roku wynieść aż milion ton (większe spożycie cytrusów czy bananów na pewno częściowo zmniejszy popyt na jabłka). Poza tym z Czech, Węgier i Słowac-ji polskie jabłka wypierane są przez pochodzące z Unii Europejskiej, i to pomimo naszej przewagi logistycznej i ułatwień w handlu w ramach CEFTA. Również na rynkach za naszą wschodnią granicą nie wykorzystujemy wszystkich możliwości. W tym sezonie na dodatek nie jesteśmy konkurencyjni cenowo. O rozmiarach eksportu polskich jabłek deserowych do krajów UE wolę nie wspominać.

    Related Posts

    None found

    Poprzedni artykułWYSTAWA Z ZAMKIEM W TLE
    Następny artykułMAŁY JUBILEUSZ

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Wpisz treść komentarza
    Wpisz swoje imię

    ZGODA NA PRZETWARZANIE DANYCH OSOBOWYCH *

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany, podajesz go wyłącznie do wiadomości redakcji. Nie udostępnimy go osobom trzecim. Nie wysyłamy spamu. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem*.